RSS
poniedziałek, 24 czerwca 2013

 

Żegnaj młodości,

pierwszy skręcie,

Amareno, która też już znikła z półek.

Bywaj tysiącu wspomnień,

tych mniej lub bardziej pięknych.

Każda cegła,

odłamek szkła,

kawałek drutu,

które jeszcze pozostały

powodują okropną nostalgię

i tęsknotę za tym,

co jeszcze mogło się tam zdarzyć.

Zachowam to co mi pozostało

Tylko dla siebie, bo zostały mi same okruchy -

tylko zdjęcia i wspomnienia...

I akcyza gdzieś między kartkami.

Prawdę powiedziawszy tamten dzień

najbardziej kojarzy mi się

z instytutem.

Tak go nazywaliśmy.

Tak właśnie nazywała się

najbardziej zepsuta część

mej dotychczasowej egzystencji.

I do tej części odwoływały się

te wszystkie złe marzenia tutaj.

Teraz już nie mają sensu,

kiedy zburzono dlań inspirację...








Koniec porównań, koniec metafor, koniec gry słów, w ogóle koniec. Zburzyli i nie ma.

 

Zburzyli.


Wrócę

- Oath

sobota, 02 lutego 2013



Chodź, proszę.
Wejdź ze mną do środka,
do jasnego tunelu,
ziejącej istnieniem otchłani...
Spadnij ze mną do rzeczywistości
nieprzytomnych artystów,
popatrz w górę -
już nie wrócisz,
zostańmy z nimi na zawsze.

Cicho! Przestraszyliśmy ich,
spójrz tylko na te oczy,
wyglądają na nas ciekawie
zza majestatycznych budowli z kart.
Ośmieliły się trochę
i już zdąża ku nam
dziwny pochód stworów,
na wzór cyrkowej parady.
Najpierw powoli, na palcach,
coraz szybciej, aż zaczynają biec...

Rozpędzony tłum, w którym widać
tylko pomarańczowe futro,
masywne łapy, fioletowe kościste kolana,
węże w baletowych spódniczkach,
groteskowe monstra: chude, grube,
pomarańczowe, fioletowe,
włochate, z łuskami, łyse,
oślizgłe, pryszczate, z chropowatą skórą...
I wszystkie w szalonym pędzie
biegną ku nam, z czystej ciekawości.

Nie krzycz, stój spokojnie,
przecież nic z ziemi ani z nieba
nie może nam już pomóc.
Zaufaj jej po prostu.
Zobacz! Wyszła! Na chwilę przed
śmiercią we śnie nieprzytomnych artystów.
Wychyliła się zza damy pik i na sam widok
tych małych, przeszywających fioletem oczu,
groteskowy pochód się zatrzymał.
Wiem co będzie dalej,
ta mała dziewczynka wie co ma robić,
już otwiera różowe usta...

Wpatrzona w przestrzeń,
wzrokiem uciekła w dal,
a jej słowa, również pochodzące z daleka,
burzą wszystkie prawdy, sny i marzenia.
Bo nic nie istnieje. Jesteśmy czyjąś,
albo własną narkotyczną wizją,
czymś co nie ma prawa bytu.
Prawa, którego nie ma nikt i nic.
I to wszystko skończy się niedługo,
cała ta paranoja przeminie
i zostanie tylko rozkoszna pustka.

Czy tak sobie to wszystko wyobrażałeś?
Oczywiście, że nie. Ale musisz uwierzyć
w szczerą prawdę proroka ukrytego w dziecku,
musisz się z tą prawdą pogodzić
i zacząć z nią żyć. Czy umiesz sobie wyobrazić siebie
z tą wiedzą w głowie, nieodłączną,
tak, jakby zawsze tu była,
w twoim umyśle, ciernista róża,
jedyna prawdziwa rzecz w tych majakach istnienia.

I jakby na potwierdzenie jej słów
zaczyna padać szklany deszcz.
Wasz niewidzialny Pan urządził bal,
teraz zamiata całe zło pod dywan,
do naszej ziejącej istnieniem otchłani,
z której nic już nie wraca.
Potłuczone butelki spadają na ziemię,
z rozbitego szkła wyłaniają się
dobrze znane nazwy za najmniejszą stawkę,
tak bawią się bogowie!
Nie tak ich sobie wymyśliłeś, prawda?

Kolorowe szkło kaleczy oniemiałe stwory.
Stoją, cierpiąc i krwawiąc w milczeniu,
są zbyt zdziwione, żeby się poruszyć,
więc stoją, a odłamki boskich śmieci
wbijają im się głęboko pod skórę.
Stoją porażone widokami,
patrząc na boski deszcz odpadów.
Nie łudź się, że szklane drzazgi
oszczędziły te zdziwione oczy.
Niebo przecinało coraz więcej tłuczonych butelek,
bóg hucznie świętuje koniec ery mitów,
moment, kiedy w końcu dowiedzieliśmy się,
że jesteśmy stworzycielami ogromnego zabobonu,
a w tym stworzycielami samych siebie.
Kółko się zamyka, cóż za misterna konstrukcja.

Rozglądam się dookoła,
domek z kart się wali,
potwory się rozpadają
i płyną kolorową rzeką wzdłuż ruin.
Połamane karty, potłuczone butelki
po tanim boskim winie.
Zapłakane oczy, wyłaniające się
z mozaiki zburzonego świata
oszukanych artystów.
Zgubiła ich własna wizja,
pogrążyła ich w oceanie tabletek,
bardziej kolorowych niż potwory, które stworzyli.

Wszystko runęło, stwórcy i stworzeni
leżą w gruzach własnej wyobraźni,
została tylko ona. Nie łka,
niczym się nie przejmuje,
po prostu dalej robi to, co do niej należy.
Dookoła niej unosi się rzesza nowych ofiar,
lotni entuzjaści śmieci i zgnilizny
są przerażeni słowami,
które płyną z tych słodkich, niewinnych ust.
Nikt inny jej nie pozostał, całe istnienie zniknęło...
Z wyjątkiem jej małych wyznawców.

Później toksyczna, ciernista róża
wypuści pędy wyżej, wyjdzie przez otwartą klapę,
będzie się płożyć po gruzach innego świata,
przepełznie przez bramę,
ominie inne mokre chwasty
i za kolejną bramą będzie wolna.
Znów zatruje rzeczywistość swoją prawdą,
wyrastając z płynących strachem ruin
skazi kolejny "szczęśliwy" świat.





Popatrz w górę -
szklany deszcz.

 

 

Bardzo długo zbierałam się do publikacji tego wiersza, a w zasadzie czegoś na jego kształt. Był do poprawienia, a ja wiecznie mam coś innego do zrobienia. W każdym razie cieszę się, ze mam "Śmierć istnienia" za sobą, bo to jest bardzo długi wiersz. Inspirowany snem i meliną, jak zwykle.

 

 

Wrócę

- Oath

czwartek, 03 stycznia 2013

 

 

Wciąż wesoły,

niewyspany,

rozgadany orszak,

wyruszył zanim zrobiło to słońce.

Ciężkie nogi, powieki

i ta jedna na przedzie,

której zaufali wszyscy.

Milczące, fioletowe narodziny dnia –

przerwane tak nagle:

 

Życzę pani miłego dnia!

Życzę nam wszystkim miłego dnia!

Życie jest TAKIE piękne!

 

Zagubione, nie wiedząc

dokąd idziemy i gdzie jesteśmy,

po schodach, wiaduktach,

rozkopanych drogach

i w końcu przez tory kolejowe.

Szłyśmy naszą fioletową ścieżką,

by pojechać w fioletową przestrzeń,

ustępującą jasności dnia.

Dnia, który przyniósł nam fioletową agresję...



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ten wiersz jest o pewnym bardzo ciekawym wydarzeniu z mojego życia... Jeden wiersz z 'pijackiej' minęłam, bo mi się bardzo nie podobał. Czasem dobrze jest wrócić do tego, co się dawno napisało. Następny wiersz będzie bardzo długi...

 

Wrócę

- Oath

czwartek, 27 grudnia 2012



Niebo, w którym unosi się mój umysł,
po którym latam z niesamowicie ciężką głową,
pod którym gonię za szarymi kłębami marzeń.
Piekło, po którym stąpam,
które niszczę z pasją
i daje mi to niesamowitą satysfakcję.
Dźwięki tłuczonego szkła,
szkła, które przesuwa się po mojej skórze...
Szaleństwo, które to piekło ze mnie wyzwala,
siła, która tkwi we mnie tak głęboko,
jak zakorzeniony jest we mnie mój raj.

Wszystkie krwawe poranki,
oślepiające popołudnia
i magiczne wieczory,
wszystkie takie gorzkie,
a te zgliszcza są tak słodkie...

Moje ciężkie kroki
i pył tańczący z moimi butami,
to wszystko jest takie piękne,
a najpiękniejsze jest niszczenie
już zniszczonego... ale nie przeze mnie...
Przez nas wszystkich, obywateli dymiącego raju.

 

 

 

 

Tak bardzo niecierpię świat w moim domu. Dobrze, że już się skończyły. Uśmiecham się ładnie, kiedy publikuję ten wiersz, dlatego, że obywatele dymiącego raju się kiedyś podobali. Mnie się również podobają. Tak to u mnie jest, że jeśli w wierszu jest cokolwiek godnego uwagi, to ostatnie wersy właśnie. A najdziwniejsze jest to, że te ostatnie wersy piszę już bez zastanowienia.

 

 

 

 

A to jest podłoga w moim ulubionym miejscu na ziemi, o którym jest ten wiersz, a które już nie istnieje. Ale o tym później, później...

 

Wrócę

- Oath

czwartek, 29 listopada 2012


Ukryte w cieniu drzew,
zarośnięte chwastami,
zdawałoby się, niemal drapiącymi chmury,
stoi moje ukochane miejsce,
zniszczone przeze mnie,
niszczące mnie samą.
Nosi w sobie własną historię,
swoją śmiertelną duszę,
- nic nie trwa przecież wiecznie.
Owiane tajemnicą, fantastycznymi historiami,
które są jakby jego drugą skórą,
a ta skóra przyciąga mnie do niego jeszcze silniej...
Uwielbiam słyszeć, że tam jestem,
czuć, że to miejsce czuje mnie,
wyglądać przez potłuczone okno
i oglądać ruiny rozciągające się przede mną.
Kocham wspinać się wysoko po schodach
i schodzić stamtąd chwiejnym krokiem.
Czasem dopada mnie zamyślona chwila,
przystaję wtedy na moment pośrodku tego piekła
i przyglądam się mu ciekawie.
Chłonę ten ukochany kawałek zniszczonej przestrzeni,
rozsypana układanka podłogi ,
ściany, dawno temu równe i białe,
bez tej przerażającej plątaniny węży, ożywających nocą
i sufit, pełen  włochatych przyjaciół
oraz wszechobecnego pyłu, tańczącego w rytm mojego oddechu.
Tak bardzo chciałabym móc zostać tam na zawsze.
To miejsce zostawia we mnie ślad o wiele trwalszy,
niż ja zostawiam w nim, daje mi część siebie,
bym nosiła ten odłamek ze sobą jako talizman,
przypominający mi kim jestem,
wywołujący szeroki uśmiech na mojej twarzy...
Moje ukochane szare szczęście,
na zawsze pozostanie w moim szarym sercu.

 

Wrócę

- Oath

23:50, oath666
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 listopada 2012

Wiersz o bardzo pięknej melinie, w której można znaleźć też niebieskiego z maczetą.

Inspirowany oknem.

 

 

Z wiatrem we włosach, a próchnem i zniszczeniem pod stopami,
z rozpostartymi szeroko ramionami, biegniemy przed siebie.
Wtem, następna chora wizja - okno, którego nigdy nie było,
mokre chwasty, gruz i szkło dookoła.
Wszystko zniszczone, zanim do końca się narodziło.
Za tym ziejącym pustką otworem kryje się zielona kraina fantazji,
Mozaika brązu i zieleni, łagodnych kształtów okropnych zmor
i poszarpanych maleńkich żyć...
Podeszłam bliżej, zafascynowana tym co zobaczyłam.
Wsłuchałam się w rytm tego małego magicznego świata,
dodałam swój własny, wplotłam między ten labirynt natury
malutką cząstkę tak jej, jak i siebie.
Unosiła się przez chwilę między tymi dwoma światami,
zanim nie dołączył do niej kolejny podmuch.
Przysiadłam na brzegu, na wcale nie tak cienkiej granicy,
zadumana nad pięknem tego miejsca,
zasmucona tym, że nikt o nim nigdy nie pamiętał.
Nikt poza mną. Moje magiczne miejsce, które znikło.
Moje drzwi do snu, kawałek baśni w realnym świecie...
Zmusiłam siebie by o nim już nie pamiętać,
chociaż wracam tam czasem nocą,
by znowu uronić niematerialną łzę nad tragizmem sytuacji.
Nigdy tam nie wrócę.
Moja odrobina magii, moje skrzydła wróżki...
Znikły na moje życzenie.

 

 

 

 

okno

 

Wrócę

- Oath

piątek, 02 listopada 2012

Pośród zakazanych martwych wizji,
potłuczonego szkła, gruzu, pleśni,
na brudnej ścianie stoi postrach pijaków,
wpatruje się w ciebie dwoma punkcikami,
brutalnie torując sobie drogę
do twojego ciężkiego umysłu.
Wyciąga do ciebie cieniutkie ramiona,
zaczyna szczerzyć do ciebie niebieskie zęby...
Co to dziwne monstrum tutaj robi?
Kto je narysował na tej ścianie?
Szukasz pomocy w nieistniejącym oknie.
Wołasz, a twój krzyk powraca śmiechem echa.
Odwracasz się znowu, a on stoi
nieruchomo, przecież tak stał zawsze.
...Chociaż chwilę temu byłeś pewien,
że ta niebieska bestia za moment
zabije cię maczetą w okropny sposób,
a teraz tylko znowu na ciebie patrzy.

Spójrzmy na to miejsce w nocy.
On czeka, przygląda ci się znowu.
Przełamujesz strach, nasz dzielny bohaterze.
Podejdź do zimnej ściany na chwiejących nogach,
dotknij jej swoją dłonią, oprzyj się
na niej ciężko, tak, podejdź bliżej...
Sam widzisz, że tutaj nic strasznego nie ma.

        ...Tylko co tu robi niebieska maczeta?

 

 

 

niebieski z maczzetą

 

 

 

Nie wiem co on dzierży w dłoni, moim zdaniem niebieską maczetę, ponieważ niebieska maczeta brzmi frapująco.

 

Zaczynam publikować swój mały zbiorek wierszy, nazywa się on "Pijacka paleta barw". Właściwie pojawił się tutaj jeden wiersz z niego, to jest "Wiśniowy zamek". Był dziewiąty, nie będę się powtarzać, więc niech sobie zostanie tam wcześniej.

 

Wrócę

- Oath

czwartek, 25 października 2012

Witaj, widzimy się znowu. Codziennie od nowa wbijasz mi nóż w plecy, codziennie na nowo rozdrapuję swoje rany. Tak altruistycznie w swoim egoizmie. Tak naprawdę, to chciałabym tylko szczęścia i spokoju. Odrzucona przez otoczenie staram się bardziej słuchać niż mówić. Przecież nikogo moje zdanie nie obchodzi, a chciałabym gdzieś tam zawsze być. Gdzieś indziej niż w swoim kącie, więc zapłakaną twarz kieruję w stronę ogółu. Tak ślepego na mój niemy protest, tak zakłamanego, a tyle ma przecież racji. Przecież to moja wina. Moja i tylko moja, cały mój błąd i cierpienie siedzą gdzieś zakopane głęboko we mnie. Szarpią moje myśli i nerwy jak struny harfy, łzy melodyjnie uderzają o podłogę, skapują mi po brodzie, rozmazują beznadziejny, kłamliwy makijaż. Tak to ja. Cała stoję tu przed tobą, dlaczego mówiąc do mnie spoglądasz bardziej w swoją twarz niż w moją? Mam swój mały światek, tak jak ty i każda inna żywa istota. Dlaczego wmawiasz mi, że mój jest tym gorszym? Dlaczego ja ci tak bezgranicznie wierzę? Okrutny świecie. W moim wnętrzu nie ma dla mnie litości, nie znajduje jej dla mnie także otoczenie. Jestem zbyt słaba na to wszystko. Tak bardzo pragnę ci pokazać, że wcale nie czuję tego, co odcisnęło na mnie piętno. Tak bardzo pragnę odwrócić twoją uwagę od swojej samotności w tym tłumie indywidualności. Szukam pomocy, któż może mi ją dać, skąd czerpać siłę, skoro każdy nosi swoją w sobie, a ja..? A mnie jest tak szalenie wszystko jedno. Godzę się z tym i jednocześnie rozpaczam. Nie chcę nic zmieniać. Wiem, że nie mogę. Wiem, że jest mi źle i w każdej sekundzie cierpienia pamiętam o tym, że nikt o to nie dba.
Daleki księżycu, wmówiłam sobie, że rozumiesz. Szukam pomocy w twym obliczu, tak bardzo chciałam ją tam znaleźć. Zapomniałam, że ty o mnie też nie dbasz. Przecież nikt nigdy nigdzie, desperacko ukrywam trzęsące się dłonie i uśmiecham się do ciebie szeroko. Kiwam głową na znak, że rozumiem. Rozumiem, że nie potrzebujesz mnie, by mówić. Tak naprawdę mógłbyś kierować swój monolog choćby do ściany. To nie przeszkadza. Nikt ci nie przeszkadza, bo masz rację w tym co robisz. Zawsze ją masz. Idziesz swoją ścieżką, a ja tym skrawkiem istnienia, który mi pozostał. Pod nogi rzucają mi się te wszystkie myśli, chcę upaść i położyć się obok nich, jak niegdyś. Jednak idę przed siebie, snuję się jak duch, idę za tobą jak twój cień, przyjaciel, ale ty chcesz ode mnie tylko tego, abym była. Mam być i wyglądać, kiwnąć głową, powiedzieć "tak", "nie", "masz świętą rację". Mojej racji nie chce nikt, po co. Moja racja jest błędna, ponieważ jest moja, a nie wasza. Nie macie pojęcia nawet, kiedy rozrywacie moją duszę, wyrywacie ją sobie z zębów, moja, moja! Ja jej zrobię większą krzywdę, wkradnę się jeszcze bliżej a potem pokażę jej jak bardzo mnie tam nie ma. Czasem mi siebie żal. Żal mi siebie, że tak głęboko biorę to wszystko do serca.

Życie to nic poważnego.

 

Wrócę

- Oath


Cisza i światło.
Cisza i ciemność.
Ruch białych skrzydeł.
Trzepotanie czarnych piór.
Dziewięć par oczu,
które nie istnieją.
Czym naprawdę jesteście
i kto do cholery wami porusza?!
W prawo
W lewo
W prawo
W lewo
W prawo
W lewo
Bez końca i bez wyraźnego celu.
Żurawie były wampirami.
Latały pod białym sufitem
ale nie odbijały się w lustrze.
Tymczasem ktoś inny
 jawnie odbierał mi duszę.
 Cicho i z gracją
oraz z moim szerokim uśmiechem.
 Uśmiechem, który bolał jak zawsze,
jakbym cięła policzki żyletką.
To nie Twoja wina... Czy skarbie?
To nie Twoja wina, gdzie jesteś, cloranxenie?
Oczami wyobraźni widzę,
jak moje żurawie, całe mokre,
podążają za tobą.
Ale czy mokre?
Czyżbym ufała na tyle,
żeby nie zaśmiać się gorzko
na to wyznanie.
A może wyzwanie?
Bitwa szczeniaków.
Gorzki śmiech to jedyne rozwiązanie,
tak.
Nie wierzę, zginając papier w dłoniach
ciągle nie wierzę, o czwartej nad ranem,
nie wierzę, szkoda,
nie wierzę, choć tak pięknie dobierasz słowa,
nie wierzę.
Tak bardzo boli ten uśmiech,
tak bardzo lubię, kiedy mnie boli.
W prawo
Widzę cię
W lewo
Czarne skrzydła
W prawo
Białe pióra w lustrze
W lewo
Złośliwy papierze,
dlaczego dręczysz moją duszę?
W prawo.
W lewo.
W prawo.

 

 

Żurawie

 

 

Wrócę

- Oath

wtorek, 23 października 2012

Coś złego z moją głową, coś złego w mojej głowie, coś okropnego poza nią...
Czasami wszystko wypada mi z ręki. Upada z hukiem na podłogę obok moich stóp, życie wtacza się szarymi perłami pod łóżko, żałośnie miesza się z kurzem, a ja stoję oniemiała, nie wiedząc co się stało, pytając siebie w duchu co robić, jak żyć? To takie błahe, a ja nie potrafię się podnieść. Nie mam już siły.
Niosę swój świat na dłoni, ramiona wyciągam daleko przed siebie, zadając sobie pytanie – po co? Ale inaczej po prostu nie umiem. Cały mój świat i myśli przede mną, bo nikt nie chce ich wziąć. Nikt. A teraz leżą pod łóżkiem i w mojej głowie pozostała tylko pustka.... a może raczej pustota? Powiedz proszę, że cię tu nie ma... że nie zaczynasz istnieć, kiedy ja zastanawiam się jak swoje istnienie kontynuować. Proszę przestań być. Nie usypiaj, po prostu przestań być. Obie przestańmy być, co ty na to?! Nie zaczynaj proszę swojej egzystencji tam, gdzie ja zbieram gruzy swojej, proszę nie depcz mi po dłoniach, pokaleczonym okruchami moich nic nie znaczących myśli. Myśli tak groteskowo wzniosłych i tak bardzo teraz upadłych.
Czy jestem chora? Umierająca? Katar, kaszel, epilepsja, angina, aspiryna, olanzapina,, witamina C, cloranxan. Odkurzacz w pigułce. Nie pozbiera, tylko wszystko zabierze. Odbierze brutalnie razem z blaskami i cieniami życia. Pozostanie tylko egzystencja.... A ja stoję z tymi papierami u swoich stóp, zadumana nad faktem ich upadku, zamiast zbierać, kładę się obok nich.


Dobranoc i żegnaj na zawsze.


Na zawsze znaczy do jutra.


Dobranoc znaczy wschód księżyca.


Jestem taka nieszczęśliwa.


Moja wizja czasu

 

A to moja wizja czasu na deser. Resztę moich prac można znaleźć o tu: http://oath666.deviantart.com/

Wrócę

- Oath

 
1 , 2